a Wychowanie dzieci- kiedyś i dziś. Skąd wziął się syndrom matki męczennicy? - Najbardziej pozytywny blog o rodzicielstwie

niedziela, 11 marca 2018

Wychowanie dzieci- kiedyś i dziś. Skąd wziął się syndrom matki męczennicy?



Przedstawiony materiał jest moim subiektywnym odczuciem. 

Wydaje mi się, że kiedyś było łatwiej wychować dzieci. Nie było bezsensownych poradników, wiedzy czerpanej z internetu i wielu stresujących wymagań związanych z wychowaniem. To, że było łatwiej, wcale chyba nie znaczy, że było lepiej? Nie wiem, ponieważ na to pytanie chyba powinna odpowiedzieć moja mama albo babcia. Wiecie, kiedyś się stało w kolejce za mlekiem, sklepy były puste i wielu rzeczy brakowało. Odwrotnie jest dzisiaj- dzisiaj jest wszystkiego w nadmiarze, mamy więcej możliwości ale też mniej czasu na życie. Wartości przez ostatnie lata strasznie się zmieniły. Mam na myśli np to, że kiedyś posiadanie pięciorga dzieci było normą, a dzisiaj rzadko kiedy ludzie pozwalają sobie na tak dużą rodzinę. Rzadko kiedy ktoś w ogóle chce wychować tylu potomków. No, ale kiedyś nikogo nie dziwiła sześcioosobowa rodzina mieszcząca się na pięćdziesięciu metrach kwadratowych, dzisiaj już ludzie mają problem z zaakceptowaniem takiego stanu rzeczy.


Chciałabym Wam dzisiaj przedstawić różnice w wychowaniu dzieci kiedyś i dzisiaj, w oparciu o moje wspomnienia i relacji mojej mamy. Post ten nie ma na celu oceny wzorców postępowań, jest to wyłącznie artykuł informacyjny. 

Bez telewizji, komputera, tabletów i PS4
Za to aktywnie spędzając czas na podwórku, wśród  znajomych. Od małego dzieci puszczane były na dwór, pod opieką starszego rodzeństwa albo kogoś dorosłego. Im starsze dziecko, tym mniej się pilnowało, aż w końcu nadzór ograniczało się do wołania przez okno co godzinę i sprawdzania obecności. Teraz powiecie, że kiedyś nie było tylu przestępców? Oczywiście, że byli. Ja, jako mała dziewczynka uwielbiałam, kiedy mama wysyłała mnie po kostkę Palmy albo cukier do osiedlowego sklepu. Teraz rzadko kiedy rodzice puszczają same dzieci gdziekolwiek. I wtedy miałam jakąś super moc, bo komunikowałam się z innymi za pomocą domofonu i pukania do drzwi, nie miałam telefonu, żeby zadzwonić i zapytać, czy ktoś akurat może wyjść. Teraz nie wyobrażam sobie pójścia do znajomych bez uprzedzenia. Anielka zapewne też będzie dzwonić po koleżankach, żeby umówić się na spacer.  No i komputer w domu (jeśli w ogóle był) to było wielkie, zgrzane i buczące pudło, które zajmowało całe biurko. Z racji tego, że mogło się mało z niego korzystać, każde pół godziny dziennie spędzone na graniu w piksele, cieszyło ogromnie. Ale nie tak bardzo, jak zabawa w klasy na podwórku. Teraz? Teraz dzieci mają telefony, tablety i PS4 i spędzają nawet kilka godzin, patrząc w te wszystkie grajki. 

Magiczna czapka i szlaliczek
Teraz już się od tego odchodzi na szczęście. Dziecko w czapce przy lekkim wietrze było normą. Zawsze troszkę za grubo ubrane. Zawsze lepiej przegrzać, niż miałoby zmarznąć. Tak uważało się kiedyś. W dodatku, kiedy się chorowało, to nie wychodziło się  z domu w ogóle i trzeba było odleżeć magiczne siedem dni i dać czas na wyzdrowienie pod ciepłym kocem. Dzisiaj wręcz przeciwnie- spacery są zalecane przy większości chorób i wiemy już wszyscy, że lepiej troszkę zmarznąć niż się zgrzać! Ale niestety, moja babcia, kiedy widzi, że Anielka wychodzi bez czapki- dostaje zawału serca i  krzyczy: UBIERZ CZAPKĘ! :) 

Prezenty komunijne 
Kiedyś Komunia kojarzyła się głównie z przeżyciem duchowym, teraz jest to ogromny stres dla rodziców, zaproszonych gości, ale również samych dzieci. Rodzice muszą dwa lata wcześniej zarezerwować miejsce w restauracji, albo zatrudnić kucharkę do domu, goście zastanawiają się ile pieniędzy włożyć do koperty- dwoją się i troją, żeby dogodzić małemu człowiekowi. Wstyd jest dać sto złotych, najlepiej- im droższy prezent, tym lepiej. W dodatku dzieciakom Komunia Święta kojarzy się głównie z prezentami. W szkole, między sobą chwalą się nowymi Komputerami, PS4 i Iphonami. Prawdziwy cel tego sakramentu odchodzi na dalszy plan. Kiedyś cieszył zegarek i rower, dzisiaj rodzice zbierają kasę na sprzęty, drogie wycieczki i stawiają gościom coraz większe wymagania.

Szkoła
Dzisiaj rodzice często zamiast pretensji do dzieci, mają je do nauczycieli. Pamiętasz mój ostatni post? Czy szkoła podcina skrzydła? W nim napisałam dokładnie, co nie podoba mi się w polskim szkolnictwie z perspektywy ucznia. Napisałam w nim o nauczycielach, którzy już dawno się wypalili i tak naprawdę nie powinni już uczyć, bo tylko szkodzą i podcinają skrzydła małym odkrywcom. Co nie zmienia faktu, że rodzice nie powinni przy dzieciach podważać autorytetów nauczycieli i ich nie szanować. Wiem doskonale, że w dzisiejszych czasach rodzice potrafią obarczyć winą tylko i wyłącznie szkołę, zamiast przyczyny problemu szukać u siebie. Kiedyś takie zagranie było nie do pomyślenia. Co nauczyciel powiedział- było Święte, nikt nie pytał dzieci, skąd ta jedynka tylko od razu kazało się ją poprawić i wziąć się do nauki. 

Syndrom matki męczennicy 
Gdzieś ostatnio przewinął mi się tekst o tym, że w dzisiejszych czasach każda matka się nad sobą użala. Wzięłam go troszkę do siebie, ponieważ ja lubię narzekać. Uważam, że kiedy mówię głośno, że coś mnie boli i jestem niezadowolona, to mi pomaga przyznać przed samą sobą, że nie jestem niezniszczalna. W dodatku mam wtedy chęć poprawienia swojej sytuacji. Wy mnie znacie już na tyle, że wiecie, że ja serio uwielbiam narzekać, a w życiu raczej jestem realistką. I fakt, często przyznaję, że macierzyństwo daje mi w kość i że są momenty, w których sobie nie radzę. Ponoć kiedyś tak nie było. Ale dlaczego nie było? Bo kiedyś głównym zadaniem matek było ogarnięcie chałupy na błysk, ugotowanie obiadu i postawienie go przed nosem mężczyzny. Dzieci zazwyczaj bawiły się same albo z rodzeństwem. Nie rzadko zostawiało się dzieci pod opieką sąsiadki. No i kiedyś były takie czasy, że dużo rodzin mieszkało pokoleniowo. Tzn. starsza babcia zajmowała się wnukami, podczas gdy ich matka zajmowała się domem. Moja mama nie popiera mojej decyzji odnośnie żłobka Anielki. Zawsze powtarza, że gdyby mogła cofnąć czas, zajęłaby się bardziej mną i moim rodzeństwem a inne obowiązki odstawiła na bok. Zazdrości mi, że mogę spędzać z Anielką całe dnie, ona nie mogła sobie na to pozwolić. I zawsze mi mówi, żebym nacieszyła się nią ile wlezie, bo szybko urośnie. Dzisiaj mamy setki poradników, które doskonale zaplanowały za nas spędzanie czasu. Dzisiaj czytając pseudo naukowy artykuł dowiemy się, że musimy poświęcać dziecku każdą możliwą chwilę, musimy ciągle je czegoś uczyć i wymyślać kreatywne zabawy, jeśli chcemy, żeby wyrosło na fajnego dzieciaka. Dzisiejszy Świat rzuca nam takie wyzwania, że jedyne co nam zostaje to usiąść, narzekać i w siebie wątpić. Wątpić setki razy, bo wszyscy- telewizja, pseudo książki i perfekcyjne mamuśki mydlą nam oczy. Bo dzisiaj jest tyle książek, z których możemy wynieść wiedzę, że bycie idealną matką to norma. Ta, jasne. Dzisiaj mamy miliony zbiorów kreatywnych zabaw, podczas gdy ja bawiłam się w bazę zbudowaną z koców i nie uważam wcale, że kreatywności mi brakuje. Za dużo internetu, wierzenia we wszystko co jest w nim zapisane- myślę, że stąd biorą się te wszystkie nasze żale. Bo...

Dzieci płaczące, mniej wymagające 
Pewnie nie raz słyszałaś od osoby starszej, że "moje dziecko tak nie płakało, uspokajało się same i w ogóle było bezproblemowe". Kiedyś to dzieciom dawało się gęstej kaszy do łóżka i nie przejmowało się, czy zaśnie czy będzie się bawić. Jak dziecko płakało, to mu się pozwalało wypłakać, kiedy było niegrzeczne to dostawało po dupie, ewentualnie napluło się do wanny albo przełożyło przez spódnice. Dzisiaj chcemy przytulać swoje dzieci, nie bijemy ich i wiemy, że gęsta i duża dawka kaszy może najzwyczajniej w Świecie małemu człowiekowi zaszkodzić i wcale nie pomaga w długim i spokojnym śnie. Dzisiaj jesteśmy wrażliwsi. Dzisiaj szanujemy swoje dzieci, zamiast bicia próbujemy tłumaczyć, a budowanie autorytetu polega na dialogu, a nie grożeniu pasem. 

Karmienie Piersią
Chociaż od zawsze wiadome było, że mleko matki jest najlepsze na Świecie, to bez problemu dawało się dziecku butle z mlekiem krowim, sproszkowanym mlekiem z kropelką na opakowaniu albo od razu kaszy. Niemowlę, które płakało trzeba było zapchać białym płynem, ponieważ płakało na pewno z głodu. Matkom karmiącym piersią, nie pozwalano karmić na żądanie. Odstęp pomiędzy jedzeniem nie mógł być krótszy niż trzy godziny. W dodatku trzeba było dziecko jak najszybciej odstawić albo dokarmiać czymś innym, bo po trzecim miesiącu z piersi leciała woda, nie mleko. Wtedy nikt nie toczył wojny między mlekiem sztucznym a mlekiem matki. Mamy miały gdzieś to, czym karmi koleżanka i ile ma w piersiach jedzenia.  Nikt nikomu do cycków nie zaglądał i wszystkim dobrze się żyło w przekonaniu, że każdy robi dobrze. 

Brudne dzieci to szczęśliwe dzieci
Nigdy nie zapomnę, jak bardzo brudna potrafiłam wrócić z podwórka. Zazwyczaj miałam wydzielone ubrania- na podwórko i na wyjście np. do lekarza. Nikt nie przejmował się, że idę na dwór z dziurawimy spodniami i nikt mnie za to nie potępiał. Dzisiaj czasami rodzice zapominają, że dziecko  nie pracuje w szołbiznesie a zwykłe legginsy są wygodniejsze od obcisłych rurek. Buty miały być wygodnie, a nie z odpowiednim znaczkiem z boku. Nikt nie zwracał uwagi na metki i zakończenia złotymi nićmi. Każde dziecko było zazwyczaj równe i tak samo brudne, jak wszyscy inni.  

Małe grzeszki
Najodważniejszy w grupie był ten, co nie bał się dzwonić do domofonów sąsiadów i robić sobie z nich żartów. Wszyscy uciekali, gdzie pieprz rośnie, gdy jakiś sąsiad wychylił się do okna, żeby zobaczyć kto mu pupę zawraca. I ten stres, czy nie powie rodzicom. Dzisiaj najodważniejszy to ten, który już spróbował papierosa i nie boi się głośno przeklinać przy przechodniach. 

Niezdrowe jedzenie 
Nie pamiętam, żeby mnie ktoś kiedyś opierdzielił za to, że zjadłam trzy paczki chipsów i wypiłam niezdrową oranżadę. No, chyba że nie mogłam przez to zmieścić mięsa z obiadu. Moja babcia rozpieszczała mnie, kupując najpyszniejsze bułki słodkie, a mama zawsze dała jakiegoś gorsza na gumy kulki. Codziennie kupowaliśmy z koleżankami kilka małych paczek chipsów (za pięćdziesiąt groszy!) i zajadałyśmy się, aż pieniążki się nie skończyły. Rodzice o tym wiedzieli i jakoś nie robili nam o to wyrzutów. Mało tego, jedliśmy je brudnymi rękami a po ich jedzeniu wcale nie myliśmy rąk, tylko wycieraliśmy w spodnie i wracaliśmy do zabawy. Dzisiaj rodzice bardzo pilnują, żeby dzieci nie jadły niezdrowych posiłków. Słodycze tylko w wyznaczonej porze- o ile w ogóle. Gotowanie na parze, ograniczenie węglowodanów i glutenu są na porządku dziennym.


No to teraz kilka słów ode mnie. Przede wszystkim, bardzo się cieszę, że mogłam sobie powspominać troszkę tamte czasy. Uważam, że serio były super. Naprawdę miło wspominam ciągłe siedzenie na dworze i moich podwórkowych znajomych. Pamiętam dobrze zapach zupy z liści i ból nóg po graniu w podchody. Chciałabym, żeby Anielka również wychodziła tyle na powietrze i miała dużo koleżanek i kolegów. Obawiam się tylko, że nie będzie już z kim miała się bawić. Słuchajcie, dzisiaj jest piękna pogoda. W blokach dookoła mieszkają dzieci- nikogo nie ma na podwórku. Nikt nawet na spacer nie idzie... Cisza, kurde. Moje osiedle już dawno umarło, chociaż dzieci przybywa. 
Wszystko ma swoje plusy i minusy. Nie ma co gadać, że kiedyś było lepiej. Ale pewne wartości z tamtych lat, dalej przekazuje mojemu urwisowi i będę to robić całe jej dzieciństwo. Chociaż staram się, by jadła zdrowo- nie będę jej zabraniać jeść słodyczy. Chociaż chcę, by wyglądała dobrze, nie robię z niej ozdoby, tylko ubieram jak dziecko. Jak dziecko, które w każdej chwili może się pobrudzić, a ja to będę miała gdzieś. Chcę, żeby słuchała mnie, a nie telewizji. Chcę zbudować autorytet na rozmowach i czynach a nie na biciu. No i chcę, naprawdę chcę, żeby miała się z kim bawić, a nie tylko mieć z kim grać w gry komputerowe i siedzieć w telefonach. 

Piątka, pappa! Aleksandra

4 komentarze:

  1. Nie jestem rodzicem, więc trudno mi się wypowiedzieć, ale jako absolwentka pedagogiki sporo się nasłuchałam na temat wychowania , kształcenia i innych kwestii. Jest w tym dużo racji, że ten dzisiejszy świat wiele rzeczy narzuca, utrudnia, że dużo rzeczy jest inaczej w szkole, inne prezenty itd. Ciekawy artykuł.

    OdpowiedzUsuń
  2. jestem mamą trzy letniego brzdąca, ale nie wydaje mi się, żebym była męczennicą, nigdy nawet nie brałam czegoś takiego pod uwagę. Mam pomoc męża, który jest zaangażowany w wychowanie dziecko z takim samym zaangażowaniem ja i może stad podział obowiązków pomaga

    OdpowiedzUsuń
  3. To może ja coś wrzucę jako matka 21 letniej córki i rocznej wnuczki. Mimo lepszych czasów nie zazdroszczę młodym bycia w tej gonitwie. Ciągły wyścig szczurów i zdobywanie kolejnych lepszych wyników sprawia, ze nie ma czasu na bycie sobą, na małe przyjemności . Ciagle w biegu i ciagle borykają się z brakiem czasu dla rodziny, przyjaciół...

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam spostrzeżenia bardzo podobne do Twoich. Mieszkamy na wsi, jest wokół mnóstwo pięknych miejsc na spacery i zabawy - a kiedy wychodzimy z domu naprawdę rzadko zdarza nam się spotkać inne dzieci. Kiedy ja byłam mała to w wakacje wychodziło się z domu rano i wracało wieczorem - a w międzyczasie mama tylko wołała nas na obiad. Teraz pewnie taki model przez wielu uznawany jest za "patologiczny" - ale z kolei niektóre dzieci każde wyjście z domu i oderwanie się od komputera traktują jak najgorszą karę.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdą opinię:)