a Jak to było z nami? Tak szczerze. - ANIELKOWE.PL

środa, 11 października 2017

Jak to było z nami? Tak szczerze.

Mała kruszynka, która wariowała w moim brzuchu, podczas gdy ja snułam plany o idealnym macierzyństwie. Przez dziewięć miesięcy nosiłam pod sercem, próbując ją sobie wyobrazić- jej kolor oczu, jej uśmiech i ilość włosów na głowie. Wieczorami wyobrażałam sobie nasze wspólne zabawy, wygłupy i tańce. Zamykałam oczy i widziałam, jak stawia pierwsze kroki, patrząc na mnie i sprawdzając, czy aby na pewno złapię ją przy upadku. Aż któregoś dnia przyszła na Świat- niewinna istota, która mogła liczyć tylko na nasze ciepło i miłość- oprócz tego nie znała jeszcze nic. Chyba na zawsze zapamiętam zapach jej skóry i to nieznane, chociaż wspaniałe uczucie, kiedy po raz pierwszy mogłam ją przytulić.


Z początku obraz o idealnym macierzyństwie wydawał nam się realny. Aż któregoś dnia zaczął się poród. I już wtedy doszło do nas, że nic nie jest takie jak w filmach i chyba już nigdy nie będzie. Przerażeni i  zmęczeni jechaliśmy do szpitala, aby za kilka godzin poznać naszą córkę. " Pan przyjedzie rano o siódmej, na razie nie ma co tu siedzieć". To chyba najgorsze słowa, jakie mogliśmy w takiej sytuacji usłyszeć. Zostałam sama, w środku nocy na sali pełnej obcych osób. Siedziałam i modliłam się, żeby już było rano, żeby on tu był i uściskał mi rękę. Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo to nasza sprawa i jak bardzo go potrzebuję. Bez niego nie dam rady, bez niego nie chcę. Bez niego nie ma sensu. Ale przeżyłam. Anielka poczekała. Po dziewiątej rano była już z nami. Cała i zdrowa. Pamiętam, jak przewieźli mnie na salę po porodzie. On trzymał ją na rękach, obydwoje nie wiedzieliśmy co robić. Zaczęliśmy płakać.

Kolejne dni to był jeden wielki chaos. Ból po porodzie, zmęczenie i mały noworodek, którego jakoś nie potrafiliśmy rozgryźć. Alek po powrocie ze szpitala, jeszcze tego samego dnia poszedł do pracy. Miałam wsparcie mamy i najbliższych, ale to nie uchroniło nas od wpisywania w google przeróżnych fraz dotyczących noworodka. Anielka kichnęła, Anielka ziewnęła- na pewno jest kurz i ma za mało powietrza. I tak nam życie mijało przez kilka ładnych tygodni. Bałam się ruszyć, bałam się zjeść- wszystko było takie dziwne, nowe i nieznane. To był czas, kiedy oprócz docierania się z Anielką, musieliśmy dotrzeć się my- Alek i Ja. Dla obydwojga z nas ta sytuacja była ciężka, ale trudno nam to chyba było zrozumieć. Wypominaliśmy sobie, kto jest bardziej zmęczony, a po chwili przytulaliśmy się i płakaliśmy. To był jeden wielki chaos. Dla nas początki wcale nie były łatwe. Do dzisiaj jak to wspominam- mam łzy w oczach. Każdy z nas chciał jak najlepiej dla tego małego człowieka, tylko nie wiedzieliśmy za bardzo co robić, żeby faktycznie było dobrze i małej nic nie brakowało. . .

Przyszedł Grudzień. W mieszkaniu zapachniało choinką. Alek przyniósł do domu piękne i wielkie zielone drzewko. Uwielbiam Święta. Od grudnia wkładaliśmy świąteczne sweterki i puszczaliśmy Jingle Bells. Jedno z najwspanialszych uczuć? Szczęście, gdy czuło się pachnącą choinkę po zejściu na dół. Wtedy wszystko jakoś szło i zaczynało układać się w całość. Kilka miesięcy minęło, zanim zrozumieliśmy, że to my wiemy najlepiej jak postępować z Anielką. Odłożyliśmy na bok wszystkie rady i zbędne podręczniki- zaczęliśmy słuchać instynktu, który w nas był.

Nigdy nie zapomnę jak, zrobiliśmy Anielce ciepły okład na kolkę. Za pierwszym razem zmoczyliśmy ciepłą wodą pieluchę tetrową i położyliśmy jej na brzuch. Biedna. Było mnóstwo wpadek i błędów. Podjęliśmy dużo złych decyzji- tych związanych z Anielką, jak i innych. Myślę, że to nas bardzo umocniło w tym wszystkim. Dzisiaj jesteśmy gotowi, żeby popełniać inne błędy i zaliczać wpadki. Bo w tym wszystkim chyba chodzi o to, żeby całe życie się uczyć, co nie?.
Odkąd zaszłam w ciąże, mówiłam, że nie stanę się matką polką. Obiecałam sobie, że będę o siebie dbać i będę mieć czas na wszystko. Nie zamknę się z dzieckiem w domu na cztery spusty i nie wypnę na Świat. Myślę, że w pewnym momencie mnie to zgubiło. Anielka była bardzo absorbująca a ja każdego dnia walczyłam o chwilę dla siebie. W sumie nie wiem, czy chciałam udowodnić Światu, czy sobie, że wciąż istnieję? Heeeloł, to jest ta sama Ola co była dwa lata temu!. Zaczęliśmy nosić Anielkę- w chuście a później nosidle. Ciągle domagała się uwagi i cały czas nie wiedziałam dlaczego. Był moment, w którym zwątpiłam. (gdzieś ok.6 miesiąca życia Anielki). Ja płakałam, ona płakała i wszystko było do bani. Nie radziłam sobie- chciałam odpocząć, uciec, cokolwiek. Zaczęło dobijać mnie to, że nie pracuję. Uważałam, że Alek ma lepiej. To nieprawda, że matki na macierzyńskim odpoczywają. Każda z nas przechodzi taki moment (być może tylko w innych etapach macierzyństwa). Przebywaj 24 godziny na dobę z dzieckiem i nie zwariuj. To nie było tak, że ja przestałam kochać swoje dziecko czy coś. Nic z tych rzeczy. Ja po prostu chciałam odpocząć od podejmowania ważnych decyzji, decydowania o tym, do którego lekarza pójdziemy i co zjemy na obiad. Brzmi głupio?. Każdy mój wybór decydował w jakimś stopniu o rozwoju mojego dziecka. Zaczęło mnie to przerażać, bo sama potrzebowałam wsparcia i pomocy. Dzisiaj wiem, że chodzenie w dresie i bez makijażu to przywilej, na który tylko nieliczni mogą sobie pozwolić!. 

Później jakoś poskładałam się z pomocą najbliższych. Anielka potrzebowała uwagi?- Ok. Będę z Tobą leżeć i bawić się grzechotką. Ja potrzebowałam zrobić obiad- Pannico, ty robisz go ze mną!. Ja potrzebowałam się umyć- ok, idziemy razem. I tak się przyzwyczaiłam do tej małej istoty. Myślę, że główną rolę odegrał tu fakt, że dowiedziałam się o High Need Baby i zaczęłam rozumieć Anielkę. Naprawdę zrozumiałam, że jestem jej potrzebna. Że ona pragnie bardziej niż inne dzieci. Chwilę później ja zaczęłam potrzebować jej również mocno. I między nami stworzyła się ogromna więź- jeszcze większa od tej na początku. To wszystko przychodziło z czasem, powolutku. Wkradało się między nami, aż zagościło na dobre- wzajemnie zrozumienie swoich potrzeb. 

Nie będę ukrywać, że moje/nasze początki były trudne. Jestem uparta i zawsze miało być tak, jak ja chce. Jeszcze w ciąży łudziłam się, że będę mieć nad wszystkim kontrolę. A tu wyszła taka Anielka i zwojowała naszym życiem. Zawładnęła każdą chwilą i prawie owinęła rodziców wokół palca. To ona ustala godziny wstawania i czas naszych posiłków. To od jej humoru zależy długość spaceru. Ale już jej złość nie budzi u nas niepokoju i pozwalamy jej na wszystkie emocje. Bo nie możemy jej na wszystko pozwalać. Bo wszystkie emocje musi poznać i nauczyć się z nimi radzić. 

Cieszy mnie każdy dzień spędzony z tym małym człowiekiem. Codziennie robimy i odkrywamy nowe rzeczy. Mam czas na spełnianie większości swoich potrzeb i czuję się naprawdę dobrze. Bywają momenty, w  których mam ochotę wyjść niby po chleb, ale one szybko mijają (tylko czasami trwają  dwa dni:)). Jestem z siebie dumna. Jestem z Nas dumna. Dziękuję moim bliskim za wsparcie i za to, że oni nigdy nie wątpili. Cieszę się, że możemy dawać coś od siebie, a ten mały człowiek przyjmuje wszystko z otwartymi ramionami. Wychowywanie dziecka jest jednym z najtrudniejszych, ale najowocniejszych z prac. Duma, jaka rozpiera rodzica, gdy mały człowiek zrobi coś po raz pierwszy,jest nie do opisania. Przed nami jeszcze całe życie. Nie mogę się doczekać.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdą opinię:)