a Najbardziej pozytywny blog o rodzicielstwie

niedziela, 20 maja 2018

Płukanie nosa i zatok, czyli nie taki diabeł straszny, jak go malują?

01:43:00

Dopadło mnie. Nie powiem, strasznie zawiodłam się na Aceroli i moim zdrowym trybie życia. Śmiem twierdzić, że to przez ostatnie wiatry, które momentami obrywały głowy. Jestem osobą, która rzadko choruje. Parę dni temu stało się niemożliwe. Ból oskrzeli, zapchane zatoki i kaszel. Nie mogę pozwolić sobie na chorowanie- mam córkę, którą trzeba się zająć i szkoda mi życia na choroby. Przez trzy dni robiłam wszystko, żeby przeziębienie szybko mnie opuściło. Dzisiaj jest już o niebo lepiej, ale wstałam z takim bólem szyi i barku, że nikomu nie życzę takich cierpień. No ale, ulżyło mi na zatokach, a moje samopoczucie jest o niebo lepsze. 

Wczoraj Alek, jak jakiś wybawiciel na białym koniu przyniósł mi Irigasin. Nie jestem uprzedzona do takich wynalazków, więc postanowiłam od razu spróbować. W internecie widziałam nie raz płukanie zatok u małych dzieci, które z tej czynności miały niezłą frajdę. Dlaczego ja miałabym nie zobaczyć, jak to jest?
Wsypałam dwie saszetki z dwunastu dołączonych do opakowania  do irygatora (ta miękka buteleczka), zalałam ciepłą, przegotowaną wodą i zabrałam się do roboty:). Przyłożyłam butelkę do jednej dziurki od nosa i lekko naciskałam ją. Pierwsze płukanie było dosyć nieprzyjemne. Woda z solą (bo to czysta NaCl), leciała mi do gardła i miałam wrażenie, że się topie. Co nie zmienia faktu, że nos mi się czyścił, a roztwór wylatywał przez drugą dziurkę. Wiedziałam, że coś robię nie tak (Ola, weź się naucz czytać ulotki!) i przeczytałam, jak to powinno wykonywać się poprawnie. Za drugim razem otworzyłam lekko usta, zaczęłam oddychać przez nie i pochyliłam się nad zlewem. Zabieg był o wiele przyjemniejszy i efekt był naprawdę świetny, ale! Niestety, nie trwał zbyt długo. Po pół godziny miałam znowu zawalony nos. Jednak uważam, że warto. Pół godziny spokoju i oddychania nosem to naprawdę dużo. Mogłam za ten czas zjeść i napić się kawy. No i sam fakt, że OCZYŚCIŁAM nos, czyli pozbyłam się tej wydzieliny, chociaż w małym stopniu, to naprawdę dużo. Nie wiem, czy to efekt płukania, ale dzisiaj wstałam bez zapchanego nosa i mogę normalnie oddychać. 
Płukanie zatok i nosa polecany jest przy alergiach, bólach głowy związanego z zatokami oraz ogólnej higienie nosa. 
Jeżeli chodzi o to, czy zastosowałabym irygacje u Anielki, to myślę, że tak, ale musiałby nam to zalecić lekarz. Nie ma co kombinować ze zdrowiem naszych dzieci. Wiem, że zabieg ten przynosi wielką ulgę i pozwala naprawdę pozbyć się tej wydzieliny, ale istnieją przeciwskazania do stosowania tego typu preparatów. 
Przede wszystkim, nie wolno płukać zatok i nosa, jeśli mamy zapalenie uszu. Również nie możemy go stosować, jeśli mamy stwierdzoną nadwrażliwość na chlorek sodu. Najlepiej, jeśli polecimy się lekarza, czy w ogóle jest nam potrzebny taki zabieg. 
Na rynku istnieje wiele preparatów do płukania zatok i nosa. Ja mam Irigasin, który kosztuje ok. 30 zł, ale są jeszcze inne m.in: Fixin (ok. 16 zł), Respimer (ok. 30 zł). Można też samemu przygotować taki zestaw, wystarczy mała butelka z dziubkiem i sól (lepiej kupić w aptece NaCl, ponieważ ta apteczna jest sterylna).  

Większość producentów mówi o tym, że dzieci poniżej czwartego roku życia mogą stosować preparat tylko za zgodą lekarza. Co nie zmienia faktu, że najlepiej wszystkie takie infekcje i sposoby ich leczenia skonsultować ze specjalistą. Wiem, że nie wszystkim dzieciom podoba się płukanie nosa i wcale im się nie dziwię. 

Jeżeli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, zachęcam do odwiedzenia linku: Jak wykonać zabieg płukania nosa i zatok.  Tutaj macie fachowo napisane co, jak i kiedy. 

 

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

Na koniec łapcie filmiki, w których dzieci płuczą sobie nosek i zatoki:). 




Stosujecie irygację? Zdecydowalibyście się na taki zabieg u Waszych pociech? Koniecznie podzielcie się opinią!

niedziela, 13 maja 2018

Po co rodzimy dzieci, skoro nie potrafimy się nimi zająć?!

06:25:00


Piękna, zadbana kobieta, której dziecko właśnie odstawia cyrki to zapewne nowobogacka baba, która nie ma czasu dla dziecka, dlatego jest takie rozwydrzone.
Skromna, nieogarnięta kobieta, której dziecko przy kasie wpadło w furię, nazwana jest patologią.
No bo przecież, wychowanie dzieci jest takie proste. Bo co to za matka, która nie potrafi ogarnąć bachora? No i po co w ogóle rodzi dzieci, skoro sobie z nimi nie radzi? 
Zapomniał wół, jak cielęciem był. Jak mu matka tyłek podcierała, jak wył w sklepie, bo chciał samochodzik. Zapomniał wół, jak zatruł się pomidorówką i pobrudził wszystkie ściany. Zapomniał wół, że kiedyś też był gówniakiem a jego matka nie raz  zrobiła jakaś głupotę. Zapomniał wół, jak uciekał tam, gdzie pieprz rośnie, kiedy ojciec chciał mu dać klapsa.
Takie czasy mamy kochani, bardzo smutne z resztą, że ludzie nie mają własnego życia i uwielbiają żyć cudzym. Takie czasy mamy, że zamiast rozwiązywać swoje problemy, człowiek rozwiązuje czyjeś, bo łatwiej. Dzieciaki zaczęły przeszkadzać, bo krzyczą i żyją. Dla starszych ludzi obowiązkowa eutanazja, bo tylko zajmują miejsce w komunikacji i oddychają powietrzem, które już im się nie należy. W ogóle wszystkich, którzy przeszkadzają, powinno się spalić albo utopić, no ewentualnie zjechać ich w internecie. Dla zasady. Dla dowartościowania się. 
Łatwo stać z boku i oceniać wszystkich wokół, ale naprawdę ciężko spojrzeć w lustro i wytknąć wszystkie swoje błędy i porażki. Zadziwiające- najlepsi rodzice to tacy, którzy sami nie mają dzieci. Ci są nieomylni i wspaniałomyślni. Takim to dobrze, wszystko jest takie proste. 
Chciałabym każdemu, komu przeszkadza moje dziecko zakomunikować:
Zdradzę Wam pewien sekret: Dzieci czasami płaczą, rzucają się za ziemię i robią cyrki. Dzieci są uparte i głośne. Być może to jest ich reakcja, na Twoją smutną twarz i mało wartościową osobowość. Wychowanie nie ma tu nic do rzeczy, bo my rodzice, jesteśmy czasami bezradni. I chociaż staramy się, jak możemy, nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć i nad wszystkim zapanować. Jeśli przeszkadza Ci moje dziecko, albo jakiekolwiek inne, pamiętaj, że za kilka lat być może ten dzieciak uratuje Ci życie, albo zatrudni Cię w swojej firmie. Nie patrz na mnie krzywo, tak samo, jak ja nie patrzę się na Ciebie. Przymknij oko i ucho na moje płaczące dziecko, tak samo, jak ja robię, kiedy widzę jakie ty błędy popełniasz. Ja Ci nie ustawiam życia i nie mówię, co masz robić- tego samego oczekuję od Ciebie. Dziękuję, dobranoc! 
I na koniec cytat dnia:
"Zanim powiesz coś o moich dzieciach, spójrz lepiej za siebie"- O.S.T.R

czwartek, 10 maja 2018

Miesiąc za mną! Kto ćwiczy ze mną? I jak to zrobić żeby się nie narobić, a było zrobione?

12:19:00
Długo zastanawiałam się, czy napisać ten post teraz, czy za kilka miesięcy, kiedy efekty będą zdecydowanie bardziej widoczne i znaczące. Pomyślałam jednak, że maj to doskonały czas, żebyśmy się wszystkie tutaj zmotywowały i wzięły się do roboty! :)


Po moim wpisie o rozstępach dostałam od Was kilka bardzo budujących wiadomości. Statystyki jeszcze przez miesiąc mi szalały. Czy to nie znaczy przypadkiem, że my, matki chciałybyśmy, jednak coś nas blokuje? Cieszmy się wszyscy, że mnie zawsze motywuje Alek do takich tematów i mówi "Rob, Ola! Czego się wstydzisz? Nie ma czego...". Zasłużył po raz kolejny na jakieś serducho od Was abo lajka:)
Słuchajcie, zanim pojawiła się Anielka, ja byłam naprawdę szczuplutką dziewczynką. Zabawne, że wtedy miałam mnóstwo kompleksów i wstydziłam się ubierać krótkie spodenki, haha. Nie wiem, czy to kwestia właściwej osoby przy boku, a może macierzyństwo serio zmieniło mi mózg i coś w nim poprzestawiało.
Ja jestem leniem śmierdzącym i jeszcze do niedawna nie dało się mnie namówić na żadne ćwiczenia czy aktywność fizyczną. Do czasu. 
Myślę, że są dwa kluczowe powody, przez które zaczęłam ćwiczyć i mniej jeść:
Całą ciążę przechodziłam z bólami krzyżowymi, później poród krzyżowy, a po porodzie wieczny ból pleców. Słuchajcie, jeszcze nie dawno wystarczyło, że podniosłam wózek a już mnie wszystko bolało. Wstawałam nie rzadko z bólem. W desperacji kupiłam pas prostujący plecy i to był strzał w dziesiątkę. Ale o tym później. Tak więc, pierwszy powód- zdrowie i kondycja, której mi brakuje.
Drugim powodem, dla którego zaczęłam się ruszać to chęć wzmocnienia mojej siły. Często osoby niskie są postrzegane jako słabe. Zaczęło mnie to wkurzać, a  na co dzień potrzebna mi jest ta siła. I nie potrzebuję jej tylko przez wzgląd na Anielkę, ale również drugą bardzo bliską mi osobę. Tak więc ja serio potrzebuję być silną babką. Ja chcę być silną babką. Ja będę silną babką! Kto ze mną?
Po wielu przemyśleniach doszłam do wniosku, że wcale nie chcę być znowu szczupłą osobą, ale muszę pozbyć się boczków- chcę mieć kobiece kształty, ale zbite i z mięśniami. To jest mój cel i w to celuję. 

No dobrze, więc jak to wszystko pogodzić, kiedy mamy dzieci, dużo obowiązków i raczej nie mogę pozwolić sobie na siłownię?  Zapiszcie sobie te słowa na kartce i powieście tak, żebyście je widziały codziennie
Dziecko nie jest wymówką. Dziecko jest motywacją.
Przede mną jeszcze dużo pracy, bo jeszcze to nie TO. Ale mam nadzieję, że tym postem sama dam sobie kopa i udowodnię sobie, że potrafię. 
Ćwiczenia
Jestem indywidualistką, nie oglądam żadnych Chodakowskich ani Lewandowskich. Nie robię sobie żadnych skalpelów. Robię to, na co mam ochotę i tyle, na ile starczy mi sił. Rano włączam sobie jakąś piosenkę i robię przysiady i brzuszki. Biegam w miejscu i rozciągam się za pomocą taśmy. Zazwyczaj sił starcza mi na dwie trzy minutowe piosenki. W ciągu dnia bawiąc się z Anielką, robię kilka przysiadów. Gdy Anielka je zrobię kilka brzuszków. Anielka ma wtedy niezły ubaw ze mnie, ale niech się dziecko uczy od najmłodszych, że ruch to zdrowie. Wieczorem, kiedy mój szogun już śpi, idę do łazienki i wykonuję ćwiczenia. Nie są one skomplikowane, po prostu rozciągam nogi i ćwiczę pośladki. Przykładowe ćwiczenia wkleję Wam na dole. Przede wszystkim- do niczego się nie zmuszam- wszystko robię w swoim tempie. 
Dieta
Jeśli chodzi o dietę, to nie mam żadnej. Staram się jeść to samo, ale w nieco mniejszych ilościach i nie podjadam! Ratuje mnie słonecznik, który jest źródłem błonnika i naprawdę mi pomaga. Ale wiecie, to nie jest tak, że na jakaś słodkość się w ogóle nie skuszę. Ranek zaczynam od kawy, a później piję szklankę wody z Acerolą. Jem błonnik i dostarczam sobie witaminy D. 
Efekty
Dzięki pasowi prostującemu i ćwiczeniom, zapomniałam już prawie, co to jest ból pleców, czuję się lżejsza i jakoś szczęśliwsza:).   A to dopiero miesiąc! Co będzie za kolejny? 
Odstający brzuszek mi zmalał! Uda nieco się wyszczupliły. No i zaczynam widzieć mięśnie na moich rękach, a może jestem ślepa?!

Jeżeli chodzi o ten past prostujący, to mam Wam do powiedzenia kilka kwestii. Przede wszystkim- jeśli jesteśmy wyprostowani, to od razu nasza sylwetka wygląda ładniej i szczuplej. Ale! Najpierw zróbcie RTG. kręgosłupa, które pozwoli ocenić czy w ogóle jest Wam potrzebny. Następnie udajcie się do lekarza, który przede wszystkim powie, czy go potrzebujecie i zleci ćwiczenia albo wizytę u fizjoterapeuty. To nie jest takie hop siup, ponieważ możecie sobie zaszkodzić nim.  Jego noszenie może spowodować rozleniwienie się kręgosłupa a wtedy garb gwarantowany. 

Jestem zła na siebie, że nie wzięłam się do roboty wcześniej. Serio, nie wiem. Czemu wcześniej na to nie wpadłam? Tak jak mówiłam, przede mną jeszcze długa droga, ale ruch jest uzależniający. Chce się go więcej i więcej! Mam nadzieję, że Was zarażę tym wszystkim i zaczniecie ze mną... się ruszać !:)

Za parę miesięcy stanę przed Wami i powiem "Tak, to jest to. Tak chciałam i tak ma być". Tymczasem... łapcie zdjęcia (omg, znowu się przed Wszystkimi obnażam!) i bierzcie je troszkę na poprawkę. Jak wiadomo, zdjęcia nie odzwierciedlą tak dobrze rzeczywistości. Nadal mam cellulit i rozstępy (jestem trochę opalona).  No i uda, chociaż znacznie się poprawiły (w obwodzie), to nadal nie są zbite i jędrne. Wszystko przede mną. 
Jeszcze dodam tylko, że zaczęłam oglądać zdjęcia na instagramie: "Real vs Instagram", gdzie kobiety, których ciało wygląda obłędnie na jednym zdjęciu, na drugim już nie. Jak wiadomo, wszystko często zależy od pozowania. Daje do myślenia, żebyśmy nie wierzyły, że te zgrabne pośladki wcale nie mają cellulitu, albo że ten płaski brzuch jest tylko z rana, a wieczorem staje się małym balonikiem.








Dziewczyny, trzymam za Was kciuki, ale wy też trzymacie za mnie! Mam nadzieję, że kogoś zmotywuję, co?:) Do lata mamy trochę czasu. 

piątek, 4 maja 2018

Czy mama może czegoś nie lubić w macierzyństwie? No pewnie!

10:49:00


Stoi od rana przy drzwiach. Krzyczy do mnie "Husiu, mama, Husiu!". Nie zdążyłam nawet napić się kawy. Nie zdążyłam właściwie otworzyć dobrze oczu, a ona już wie, co będziemy dzisiaj robić. I domaga się tego. Wszystkimi kończynami swojego ciała jest już gdzieś tam na huśtawce. Oczami wyobraźni już biega wśród innych dzieci i nie reaguje na moje prośby. Eh.
Innym razem "Bułka, bułka, bułka!" Chociaż wiem, że z pieczywa nawet mały gryz nie ubędzie, daje jej ten kawał chleba. A niech ma, niech się cieszy.
Ja ogólnie czuję się spełniona w roli mamy, chociaż tego musiałam się nauczyć. Słodkie i zabawne jest te moje macierzyństwo... czasami:). Nie lubię robić niektórych rzeczy i chociaż bardzo się staram, to chyba nigdy nie nadejdzie moment, w którym stwierdzę "Kocham robić wszystko!"
No ale, macierzyństwo to nie jest pierdzenie serduszkami. Zabawne, jeśli ktoś twierdzi, że matki muszą robić wszystko z uśmiechem i z pełnym zaangażowaniem. Tak nie jest. Kiedyś bardzo dziwiłam się, kiedy słyszałam, że ktoś nie lubi bawić się z dzieckiem. Dzisiaj? Dzisiaj kurde zazdroszczę tym, którzy nie muszą tego robić... za często. 
Lubię chodzić z Anielką na Plac Zabaw, bo tam nam czas szybko mija i wiem, że Anielka może mieć kontakt z innymi dziećmi. Ale nie lubię, kiedy totalnie ma mnie gdzieś i robi wszystko na przekór- np. ucieka w miejsca, które nie powinna. Szkoda, że nie widzicie mojej miny, kiedy dopiero co wsadzę ją w huśtawkę, a ona już chce iść do piasku. Zażenowanie mam wyryte na twarzy. A wyjście z parku? To jest dopiero wyczyn, kiedy wszystkimi kończynami te Twoje dziecko rzuca się, aby tylko nie iść. Brzydko mi, kiedy się złoszczę.
Chodzenie za rękę? Czasami mam wrażenie, że wyprowadzam jakiegoś dużego, ruchliwego i głuchego psa. Tak sobie tłumaczę, kiedy po raz kolejny próbuję wyrwać się z rąk. Oczywiście, takie sytuacje nie zdarzają się zawsze, na szczęście!
Moja córka zrobiła się już bardzo samodzielna, i naprawdę czasami potrafi zająć się sobą. Jest tak zaangażowana w zabawę do czasu kiedy nie spróbuję wykorzystać momentu i nie zacznę się malować. Nie mam życia wtedy, dopóki nie dam jej tuszu do rzęs albo pomadki. A niech ma. Woda wszystko umyje. 
Nie cierpię, kiedy ona krzyczy albo bardzo głośno domaga się czegoś. Ja ogólnie nienawidzę, kiedy ktoś podnosi głos, a każdy wyższy ton działa na mnie jak płachta na byka. Mam wtedy ochotę wyjść i już nie wrócić. Tylko ciężko, bo jej krzyki słychać na pobliskim osiedlu, AŻ. Czasami mam wrażenie, że za te krzyki MOPS serio przyjedzie, albo Policja zapuka mi do drzwi. A proszę bardzo, może ktoś mnie uratuje?!
Bajki dla dzieci. Moje utrapienie. Moje utrapienie nawet z dzieciństwa, bo odkąd pamiętam nie lubię oglądać bajek. Dzisiaj większość mnie irytuje i staram się nie słuchać głupot, jakie tam usłyszę. Haha, możecie mnie za to znielubić, ale rzadko kiedy będę oglądać z Anielką kolorowe bajki. 
Jestem tego zdania, że szczęśliwe dziecko to jest brudne dziecko. Staram się uczyć Anielkę samodzielności i większość posiłków je sama. Co za tym idzie- wszędzie jest brudno. Ścieram ziemniaki z dywanów, wycieram z podłogi kefir. Czy to lubię? Oczywiście, że nie. Najgorzej jest, kiedy dziwnym trafem jogurt wyląduje jej we włosach- a weź matko rozplącz te kołtuny i do końca dnia wąchaj krowę na głowie. WTF?!
Uwielbiam słodkie zakończenie dnia, jakim jest kąpiel. Ale ile ja się muszę nagimnastykować, żeby ją wytrzeć do sucha. Istny cyrk! Smarować kremikiem to się chce każdy, ale weź dziecku wytłumacz, że KREMIK NANOSIMY NA UMYTĄ, DOBRZE WYSUSZONĄ SKÓRĘ. PROSZĘ MAMY NIE DENERWOWAĆ. 

Albo jak się umówimy z kimś na godzinę. Od rana mogę trąbić " Dzisiaj spotkasz się z koleżanką, cieszysz się?"- "TAK" Ale żeby się ogarnąć do tego wyjścia na czas, to jest wyczyn. Bo akurat w tym momencie NIE CE się ubierać, nie ce umyć buzi i nie ce nagle nigdzie iść. HORROR.

Te wszystkie demony, z którymi walczymy na co dzień. Te wszystkie strzępki nerwów. To wszystko, co my przeżywamy... to nasze. Nikt nam tego nie zabierze, co nie? Można czegoś nie lubić? Oczywiście, że można. Nawet trzeba, bo serduszkami to nawet nie pierdzi Księżna Kate, ale ona o tym nam nie powie, bo się wstydzi!

Buziaki! Aleksandra. 


środa, 25 kwietnia 2018

Tani, skuteczny i naturalny sposób na ochronę przed kleszczami i komarami.

12:05:00


Powiem Wam szczerze, że niedobrze mi się zrobiło wybierając zdjęcie tytułowe. Nienawidzę robali, komarów i panicznie boję się kleszczy!
Nie uwierzycie, ale nigdy jeszcze nie złapałam żadnego kleszcza, ale zawsze staram się być ostrożna i unikam miejsc, w których jest ich mnóstwo. Odkąd Anielka zaczęła chodzić, bardzo dużo czasu spędzamy na podwórku. Na porządku dziennym jest wyjście do parku i na plac zabaw. Niestety, coraz więcej jest tego paskudztwa i roznoszą coraz częściej choroby takie jak borelioza albo kleszczowe zapalenie mózgu. Brzmi groźnie? Nic dziwnego, ponieważ są to choroby bardzo ciężkie dla ludzkiego organizmu i niosą ze sobą dużo konsekwencji zdrowotnych. Nie ma co zaprzeczać- kleszcze to bardzo poważna sprawa. 
Na rynku dostępnych jest bardzo dużo chemicznych preparatów, ale ich skuteczność nie zawsze przynosi oczekiwane rezultaty. W dodatku nie są zbyt bezpieczne dla małych dzieci, ale wiadomo- stosowane z umiarem nie powinny zaszkodzić. Nie chcę Was namawiać do zaprzestania korzystania ze sklepowych preparatów, ale pokażę Wam inny sposób na radzenie sobie nie tylko z komarami, ale również z opornymi kleszczami. 
Szukając metody na ochronę przeciw kleszczom i innym intruzom, natknęłam się na Czystek. Czystek jest popularną rośliną występującą głównie w Basenie Morza Śródziemnego i Azji zachodniej. Ma on bardzo dużo zalet zdrowotnych, ale dzisiaj zupełnie nie o tym. Pełni on funkcję dobrego odstraszacza owadów i kleszczy. Jego zapach nie jest akceptowany przez intruzów. Można używać go na dwa sposoby, ale drugi sposób jest nieco łatwiejszy.
Sposób numer 1:
Picie naparu z czystka przez długi czas. Po regularnym piciu czystka, zacznie on ulatniać się wraz z naszym potem. Zapach będzie dla ludzi niewyczuwalny, ale z pewnością poczują go owady. Minus jest taki, że trzeba go pić regularnie i przez długi, długi czas- nawet kilka miesięcy. 
Sposób  numer 2:
Zrobienie mocnego naparu z czystka, przelanie chłodnego do dozownika i rozpylenie go na sobie. Można tą czynność wykonać przed wyprawą, ale również możemy psikać się nim w jej trakcie. 
Jest on w ogóle nie szkodliwy zarówno dla ludzi jak i zwierząt. Można pryskać nim swoją twarz albo mordkę pupila- zupełnie nic się nie stanie! 

Jego działanie odstraszające jest udowodnione. 
Jego cena jest bardzo niska! 
Jest całkowicie bezpieczny dla małych dzieci oraz zwierząt. 

Tutaj macie filmik od Czajnikowy.pl 

Znaliście te właściwości czystka? Jak wy chronicie się przed owadami i kleszczami? 

niedziela, 22 kwietnia 2018

Rower 3w1 dla dziecka. Dobra inwestycja czy strata pieniędzy?

07:01:00

Sezon na spędzanie dużej ilości czasu na dworze uważam za rozpoczęty! Jeżeli macie w domu malucha i zastanawiacie się, czy warto kupić rowerek dla najmłodszych, który ma rosnąć wraz z dzieckiem- to post dla Was.

My mieliśmy w planach w maju kupić Anielce tego typu rowerek. Upatrzyliśmy kilka typów na Allegro. Cena miała nie przekraczać 250 zł. Tak, da się znaleźć rowerek w tej cenie. Jednak nadarzyła się okazja i odkupiliśmy od znajomej  różowy model firmy Little Talks za 150 zł. 

Zacznijmy od tego czym są rowerki 3w1? To trójkołowe rowerki z siedziskiem, pedałami, podnóżkami i pchaczem dla biednego rodzica:). Przeważnie przedział wiekowy to 10-36 miesięcy.  Z początku dziecko siedzi wygodnie w bezpiecznym siedzisku, zapięte pasami (sprawdzajcie czy wybrane modele mają te pasy!) są one niezbędne dla takich urwisów jak Anielka. Rodzic prowadzi rowerek. W drugiej fazie, kiedy dziecko jest już większe, ściągamy podnóżki i maluch uczy się pedałować a rodzic wciąż prowadzi rowerek. Trzecia faza polega na zdjęciu pchacza i samodzielnej jeździe dziecka. Ale jak to wygląda w praktyce?
Anielka ma 1.5 roku, waży 13 kilo i jest dość dużym dzieckiem. Wiedzieliśmy, że raczej nie pojeździ na nim długo, ponieważ szybko z niego wyrośnie. Takie rowerki mają to do siebie, że są bardzo małe. Nie dajcie zwieść się zdjęciom w internecie na stronach producentów. Tak więc moim zdaniem posłuży od momentu zakupu do maksymalnie dwóch lat, no może dwóch i pół. 

Z początku ciężko było wyczuć pchacz, żeby prowadzić równo. Z czasem jednak nauczyłam się jego obsługi i nie sprawia mi to większych problemów. Można bez problemu nim skręcać i wjeżdżać na krawężnik. Jeśli chodzi o większe przeszkody typu grube gałęzie albo korzenie- lepiej je omijać. Minus jest taki, że wystarczy chwila nieuwagi (dla takich zamyślonych ludzi jak ja) i dziecko jedzie już w innym kierunku. Tak więc prowadzimy rower w pełnym skupieniu, Ola!  Można się zmęczyć, jeśli wybierzemy długi dystans. Trzeba go prowadzić obiema rękami. Moim zdaniem nie nadaje się w ogóle na miasto. Używamy go tylko wtedy, kiedy idziemy do parku. Dlaczego nie polecam go na miasto? Ponieważ ma dość twarde siedzenie, w związku z tym przy kostce brukowej dziecko może czuć dyskomfort. No i kwestia bezpieczeństwa- ja jestem na tym punkcie przewrażliwiona, bo Anielka ma tysiąc pomysłów na minutę i nie ufam jej pod tym względem. Pomimo pasów i zabezpieczającego pałąka, mogę sobie wyobrazić sytuację, kiedy przechodzimy na przejściu, a Anielka postanawia się wyrywać albo zacząć hamować nogami. Tak więc nie polecam do miasta. 

Anielka uwielbia ten rowerek. Potrafi od rana stać nad nim i wołać "huciu" albo "babko, babko" co znaczy " Matka bierz rower, idziemy do parku!". O dziwo siedzi sobie w nim grzecznie. Cieszy się i śpiewa podczas jazdy. Dużym plusem jest plecak i bagażnik dołączony do roweru. Autem jest też miejsce na butelkę z piciem. No i daszek przeciwsłoneczny- dodaje uroku i chroni przed słońcem. 

Dobrze, więc przechodzimy do konkretów. Ceny rowerków są dość wysokie, dlatego warto kupić używany albo dbać o niego i kiedy dziecko wyrośnie- sprzedać. Nie nastawiajmy się, że faktycznie posłuży on do trzech lat. Słyszałam opinię, że jeśli coś jest do wszystkiego- to jest do niczego:). Nie wiem jeszcze jak będzie sprawował się, kiedy przejdziemy do fazy drugiej i trzeciej. Zdania posiadaczy rowerków 3w1 są podzielone. Jednego jestem pewna na sto procent- dzieci to lubią! Jeśli mogę sprawić Anielce radość w ten sposób, to będę ją wozić do końca życia i o jeden dzień dłużej. Nie oszukujmy się, dzieci uwielbiają takie wynalazki. No i zawsze to jakaś zmiana- ileż można jeździć w wózku? 

piątek, 6 kwietnia 2018

U Anielki na talerzu

11:14:00

Jak każda matka codziennie decyduję o tym, co będzie jadło moje dziecko. Nie jest to łatwe z kilku powodów- dieta ma ogromny wpływ na rozwój i zdrowie naszych dzieci. To my- rodzice jesteśmy odpowiedzialni za to, jakie nawyki żywieniowe przejmą nasze pociechy. Ja, odkąd Anielka skończyła rok ,a rozszerzanie diety poszło nam pomyślnie, stwierdziłam, że obiorę pewną strategię. Strategia brzmi- wszystko z umiarem.

Nie jestem idealną matką. Wiem, że sól oraz cukier w nadmiarze szkodzą. Znam całą listę Mendelejewa, której należy się wystrzegać w składach produktów. Interesuję się tym, co jem ja oraz moja rodzina. Uwielbiam oglądać "wiem, co jem". Ale... no własnie. Z początku mojej drogi macierzyńskiej byłam przekonana o tym, że Anielka nigdy nie spróbuje soli, cukrów ani żadnej chemii, którą spotkamy na półkach sklepowych. Z czasem jednak zdałam sobie sprawę, że kurde, jestem tylko człowiekiem i chcę, żeby Anielka miała coś z dzieciństwa. Wiem, że dzieciństwo to nie są słodycze i słodkie jogurty, ale wszystko jest dla ludzi- nawet tych najmniejszych.W dodatku nie chcę Anielki trzymać pod kloszem, ponieważ na Świecie nawet najbardziej zdrowe produkty okazują się niezdrowe. Chemię mamy wszędzie, niestety.  Musiałam znaleźć drogę, którą będziemy podążać i zasady, których będziemy się trzymać. I wiecie co? Tak się stało. Na razie (odpukać w niemalowane!) nie mamy żadnych problemów z apetytem u Anielki. Rzadko kiedy pojawiają się problemy z brzuszkiem.

Najpierw zacznę od naszych grzechów.
Raz na jakiś czas Anielka dostaje parówki. Je również trochę czekolady, ciasta i bułki słodkie. Chętnie zajada chrupki kukurydziane oraz wafle ryżowe. Ostatnio posmakował jej niby rogalik znanej firmy, ale wiem, że musimy się z nim pożegnać. Do naleśników dodaję jej trochę cukru oraz doprawiam solą i pieprzem (w niedużych ilościach) niektóre obiady. Nigdy nie daję kostek rosołowych. Raz na jakiś czas (ale naprawdę rzadko) kupię jej serek homogenizowany albo inny jogurt, który ma słaby skład. Na noc, przed snem Anielka wciąż dostaje butle (jest to najczęściej kaszka typu Bobovita itp).  Słoiczek daję jej tylko wtedy, kiedy naprawdę muszę (chociaż odkąd skoczyła rok jest to naprawdę rzadkością)- jest piękna pogoda, a ja nie chcę stać przy garach, wyskoczyło nam coś ważnego itp. Jeśli chodzi o soki owocowe- ograniczyliśmy je do minimum. Są zbędne, ponieważ Anielka je dużo owoców. 
Zimę przetrwaliśmy głównie na mrożonkach. Mrożę mięso i warzywa (w workach specjalnie do tego przeznaczonych, choć nie zawsze). Często kupuję paczkowane mrożone zupy wiosenne itp. (bez zbędnej chemii w składzie). Raz w miesiącu kupuję mięso w zaufanym sklepie (Anielka uwielbia drób i polędwicę). W domu dzielę na porcje i zamrażam. Jedyną rzeczą, za którą Anielka nie przepada, są ryby. Toleruje jedynie paluszki rybne.
Jeśli chodzi o gotowanie na parze, którego byłam fanką przy rozszerzaniu diety- już rzadko kiedy korzystam z parowaru. Zazwyczaj wszystko gotuję w wodzie. Jeśli coś smażę- zazwyczaj jest to olej kokosowy albo rzadziej prawdziwe masło. Do kanapek również używam prawdziwego masła. 
Nie zmienia to faktu, że Anielka nie zje schabowego smażonego np. na tłuszczu- zje, ale w mniejszej ilości. Jednak sproszkowanych rzeczy (gotowe sosy itp.) nie daję jej nigdy, chociaż czasami takie rzeczy my jemy. No wiem, że najlepiej gotować dla wszystkich- w naszym przypadku się nie da. 
Kucharzem jestem marnym, więc staram się ograniczać do prostych dań.  

Przygotowałam dla Was zestaw naszych HITÓW
Czyli tego, co Anielce smakuje najbardziej i mogłaby jeść cały czas. 

Do picia:
Woda+acerola (dosłownie odrobinkę)+ trochę miodu albo cukru ponieważ acerola jest kwaśna- raz dziennie.
W dzień pijemy głównie wodę i herbatę rumiankową. 


Śniadanie:
 -gotuję jej najzwyklejsze płatki owsiane, ryżowe albo kaszkę manną na mleku butelkowym dwu procentowym.

Drugie śniadanie:
- bułka słodka
- pieczywo z serkiem żółtym albo wędliną (czasami robię jej misz-masz na talerzu), do tego ogórek kiszony. 
- jogurt naturalny z bananem
- jogurt do picia BIO  z owocami (różne)

Obiad:
to zazwyczaj zupa, ale gęsta
-u nas hitem jest ogórkowa
-barszcz czerwony
-zupa jarzynowa albo kalafiorowa- z tym, że zamiast ziemniaków dodaję kaszki mannej- rewelacja! --ostatnio posmakował jej również kapuśniak. 
-Anielka uwielbia też marchewkowy rosół. 
Przeważnie zupy gotuję jej na nóżkach, skrzydełkach a nawet płatach. 
Jeśli chodzi o obiad bez zupy to:
-zazwyczaj ziemniaki z kefirem albo np. z buraczkami.
-Nierzadko gotuję jej same warzywa: np. brokuły, które uwielbia, albo mieszankę warzywną z paluszkami rybnymi. 
-Czasami makaron ze szpinakiem i śmietaną
Rzadko kiedy obiad składa się z dwóch dań. Myślę, że treściwe zupy wystarczą, zwłaszcza kiedy np. wędlinę je na śniadanie. Często jest tak, że po drzemce wstaje przy kuchence i domaga się jeszcze jednej miski zupy. 

Podwieczorek:
- mus owocowy 
-jogurt
-naleśnik z bananem
-Czasami do owoców dodaję jej biszkopta
-kanapka z konfiturą.
- czasami wystarczy starte jabłko


Kolacja:
-jajecznica
-kanapka z serkiem
-parówka

Przekąski:
-w ciągu dnia Anielka dostaje kawałeczki  owoców (głównie jabłka i banany),
-chrupki kukurydziane, 
-plasterki buraka surowego
- słonecznik. 
Dwie ostatnie pozycje to hit absolutny!

Przed spaniem:
Butelka kaszy.

Nigdy nie zmuszam jej do jedzenia. Je to, na co ma ochotę i w takiej ilości, jakiej chce. Nie karmię jej. Dostaje wszystko na talerzu albo misce w krzesełku do karmienia i sama zajmuje się jedzeniem. Wyjątkiem są zupy- tutaj muszę pomagać:). Raz zjada wszystko i prosi o więcej, a czasami zje tylko trochę.
Staram się bilansować jej dietę: Gdy np. wiem, że na obiad będzie mięso, nie daję jej wędliny. Kiedy zje mus owocowy, proponuję zamiast jabłka marchewkę itp itd. 
Nasza dieta jest mało ekstrawagancka, nie jestem mistrzem kuchni i nie posiadam aż takiej wyobraźni. Więc jeśli macie swoje hity, podzielcie się nimi. Chętnie dowiem się co jedzą Wasze maluchy. No i powiedźcie koniecznie jak z apetytem u Waszych dzieci.

Aleksandra.






środa, 4 kwietnia 2018

Uwaga! Nadchodzą! Najbardziej jadowite stworzenia wracają!

04:42:00


Wraz z przyjściem wiosny, niczym ślimaki po deszczu wychodzą ONE. Najczęściej będziemy mogli je spotkać w parkach, placach zabaw, a nawet galeriach handlowych. Bardzo jadowite, zatruwające życie innych- myślę, że taki opis najlepiej pasuje do ich usposobienia. Po zimie, w której przeczytały całego wujka Google i zjadły wszystkie rozumy. Wychodzą. Dumnie kroczą i tryskają tym jadem to na jedną, to na drugą matkę oraz ich dzieci- Idealne mamuśki.

Popatrzą się na Ciebie krzywo, kiedy założysz czapkę swojemu dziecku. Zjedzą Cię wzrokiem, kiedy ją ściągniesz- nie dogodzisz, wręcz przeciwnie- wszystko, co zrobisz ty albo Twoje dziecko, będzie złą decyzją. Zmierzą Cię od wejścia na plac zabaw i odsuną swojego potomka od Twojego.  Kątem oka spojrzą na Twoje tanie buty i kurtkę z zeszłego sezonu, a potem skrzywią się w grymasie i uśmiechną żałośnie. Jej latorośl nie podzieli się zabawkami z Twoją, przecież to jego. Ma jeszcze czas na naukę dzielenia. Podczas gdy Twoje dziecko będzie latało całe brudne od huśtawki do huśtawki, jej będzie grzecznie siedzieć na ławce, wystrojone jak stróż w Boże Ciało.

Dorosłe kobiety, matki a jakby dopiero co bunt przeszły: Ta wózek ma brzydki, to dziecko jakieś dziwne, ta nie umie ogarnąć rozwydrzonego bachora. Stoją, obserwują i oceniają. Dlaczego nigdy nie ufam takim kobietom? Bo nigdy tak naprawdę nie wiadomo, co mówią o Tobie, gdy Cię nie ma. Próbują przykryć swoje kompleksy Twoimi wyimaginowanymi wadami.

Sezon na przekrzykiwanie się, kto bardziej hartuje dziecko i kto częściej nie zakłada czapki- uważam za otwarty. Ogłaszam wszem i wobec, że internet jest przygotowany i już piszą się poradniki, które (jak co roku) udowadniają Tobie, jak bardzo źle wychowujesz swoje dziecko. Już wychodzą jadowite stworzenia, żeby na siłę zrobić hallo z Twojego rodzinnego wyjścia. Ale spokojnie, nie musisz się chować z butelką Kubusia. Bądź spokojna- ubieraj swoje dziecko tak, jak Ci się podoba. Wedle pogody i własnego odczucia, nie według internetowych poradników. Przecież to ty znasz swoje dziecko, ty je wychowujesz i wiem, że robisz to idealnie. 

Przygotuj się na jadowitą inwazję: Dumnie krocz ze swoimi dziećmi, które nie wyglądają, jakby szły na pokaz mody. Dumnie prezentuj swoje niedoskonałości. Głupie spojrzenia- ignoruj. Przetrwamy, mądrzejsze o nowe doświadczenia. 
No i oczywiście- przygotuj się:

"Gdzie to dziecko ma czapeczkę?
Dlaczego to dziecko nie ma czapeczki?
Zgrzeje się! Rozbierz.
Zmarznie! Ubierz. "

Buziaki, Aleksandra:))

niedziela, 1 kwietnia 2018

Co zmienił w naszym życiu otwarty związek?

02:40:00
Kiedyś byłam bardzo zakompleksioną i zazdrosną dziewczyną. Wiecznie musiałam kontrolować i wszystko wiedzieć- co robi? Z kim? Po co? I czy aby na pewno? Szukałam nawet sposobów, aby wejść w umysł mojego mężczyzny, ale niestety nabawiłam się tylko migreny. Wieczne skupienie bez mrugnięcia okiem powodowały u mnie ból głowy. Setki podręczników- od tematów czysto naukowych po totalnie absurdalne zwykłych, szarych szamanów. Nie nauczyłam się kontrolować drugiego człowieka, więc musiałam inaczej walczyć z chorobliwą zazdrością. 
Miałam już dosyć wiecznego chodzenia za moim mężczyzną, przeglądania historii przeglądarki i instalowania programów rodzicielskich na komputerze. Najgorzej było z telefonem, ponieważ miał go zawsze przy sobie. Dokładnie w tylnej kieszeni swoich spodni. Nie pomagały prośby, żeby w końcu zostawił telefon na półce, ponieważ noszenie komórek w kieszeniach powoduje raka i bezpłodność. Śmiał się i tłumaczył, że znowu wierzę w brednie przeczytane w internecie, ale swojemu chłopakowi nie mogę zaufać ani trochę. Miał rację, ale to było silniejsze ode mnie.
Pewnego dnia naprawdę przegięłam. Zagoniłam Alka do odkurzania dywanów mając nadzieję, że w końcu, przy odrobinie ruchów Smartfon wypadnie na podłogę. Przyglądałam się uważnie jego tyłkowi, który okryty w dresy latał na wszystkie strony. Mijała minuta za minutą, czas pędził jak szalony aż w końcu udało się! Telefon wylądował na podłożu a ja szybko go zabrałam i uciekłam do łazienki. Cała trzęsłam się, kiedy próbowałam go odblokować. Nie udało mi się dwa razy zgadnąć hasła. Wiedziałam, że mam ostatnią szansę. Próbowałam się wysilić, mocno skupić... Aż nagle Alek zapukał do drzwi! Serce biło jak oszalałe, zrobiło mi się ciemno przed oczami i (to było silniejsze ode mnie) wyrzuciłam komórkę do toalety i spuściłam wodę. 
Wtedy Alek wziął mnie na poważną rozmowę i zaproponował coś, na co zgodziłam się bez zastanowienia. Wiedziałam, że to najlepsza decyzja, którą mogłam w tamtym momencie podjąć. 
Zero kontroli, zero zazdrości- tylko wolność. 
Od tej pory zasada była jedna, nieważne co robimy, jak i z kim- ważne, że wracamy zawsze do siebie i tworzymy wspaniałą, pełną miłości rodzinę. Możemy umawiać się ze wszystkimi, chodzić na spotkania towarzyskie i robić zakupy u boku płci przeciwnej. Możemy podejmować decyzję bez pytania drugiej osoby o zgodę. Czy to mi pomogło? Oczywiście, że tak. Zapomniałam już czym jest zazdrość i wreszcie poczułam się wspaniałą kobietą. Z nikim nie muszę konkurować oraz się ścigać- mój facet zawsze wraca do mnie: czasami nad ranem, czasami po dwóch dniach, ale zawsze jest i powtarza, że mnie kocha. Podobnie jest ze mną- mogę pozwolić sobie na kawę z innym mężczyzną, spotkać się kimś na szybkiej randce i co najważniejsze- codziennie słucham komplementów od innych facetów. Nawet nie wiecie, jak to buduje- kiedy każdy mężczyzna powtarza Ci to samo- że jesteś piękna, wolna i mądra. Wieczory spędzamy obydwoje na czatowaniu z innymi ludźmi. Wymieniamy się z nimi doświadczeniami, przemyśleniami i zdjęciami. Ktoś kiedyś powiedział bardzo mądre słowa: Jeśli go kochasz, puść go wolno, jeśli wróci to znaczy, że Cię kocha. My zawsze do siebie wracamy. Nie było takiego tygodnia, w którym się nie widzieliśmy. Poza tym, teraz patrzę na Alka i widzę w nim prawdziwego mężczyznę- który łowi inne kobiety. Nic tak nie podsyca związku jak fakt, że jesteśmy obydwoje pożądani przez płeć przeciwną. Słuchajcie, na Świecie jest zbyt wielu pięknych ludzi, żeby ograniczać się tylko jednego człowieka. 

Wreszcie tematy do rozmów nam się nie kończą- w końcu codziennie poznajemy nowych ludzi i zdobywamy doświadczenia. Jesteśmy szczęśliwi a nasz związek wszedł na wyższy level! 

Jeśli brakuje Wam czegoś w związku, pomyślcie nad tą opcją. Wiem, że z początku wydaje się Wam to nie do pomyślenia, ale przekonacie się, że będzie to najlepsza decyzja w Waszym życiu.  Miejmy otwarte serca i głowy. 



sobota, 31 marca 2018

Dla Ciebie to TYLKO dla mnie to AŻ.

11:01:00

Ostatni czas nie był dla mnie łaskawy. Najpierw męczyłam się z zapaleniem spojówek, później natomiast postanowiłam zmienić kolor włosów. Musiałam zrezygnować na czas leczenia z soczewek i nosiłam okulary, które powinnam już dawno temu wyrzucić. Koniec końców chodziłam jak ślepa kura. Już nie wspomnę o tym, że nie mogłam się malować. Coś mnie tknęło, żeby wraz z przyjściem wiosny zmienić również kolor włosów. SAMA. Przez trzy dni chodziłam przy plusowych temperaturach w czapce, haha. Dopiero dzisiaj mama pomogła mi włosy ogarnąć, żebym jutro wyglądała jak człowiek. Komu również nie służy przesilenie wiosenne?

Po ostatnim  wpisie o moich rozstępach, dostałam od Was kilka wiadomości. Nie sądziłam, że takim postem wywołam u Was emocje, często skrajne. Dziękuję za każde słowo, które do mnie wpłynęło. Cieszę się, że chcieliście się przede mną otworzyć, tak samo jak ja otworzyłam się przed Wami. Jedna z Was napisała mi taką wiadomość, że na chwilę zamarłam. Długo myślałam o tym, co napisać w odpowiedzi aż w końcu stwierdziłam, że odpowiem tutaj. Problem dotyczy nas wszystkich a Święta to idealna pora, żeby coś uzmysłowić każdemu z nas. W sumie nigdy nad tym się głębiej nie zastanawiałam, a szkoda, ponieważ miałabym idealną ripostę na niejedną osobę, która próbuje mi wmówić, że MOJE PROBLEMY TO TAK NAPRAWDĘ NIE PROBLEMY.  

Ile razy słyszeliśmy "nie masz się czym przejmować." albo "inni mają gorzej, weź doceń co masz". Często, kiedy wyrażamy swoją opinię, ktoś się z nas śmieje albo na siłę próbuje udowodnić, że to jego zdanie jest tym właściwym

Wszystkie stworzenia na tej ziemi (w tym my- matki!) mają swoje uczucia. Nikt nie ma prawa decydować o tym, co mamy czuć i kiedy. Nikt nie ma prawa mówić nam, że musimy zmienić zdanie na jakiś temat. Często niestety o tym zapominamy i najzwyczajniej w Świecie dajemy sobą manipulować, ewentualnie przyćmiewamy nasze emocje i staramy się je chować głęboko, głęboko w sercu. Często chcemy kogoś pocieszyć a tak naprawdę tylko pogarszamy sytuację. 
"... Źle się czułam sama ze sobą, nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. Byłam wrakiem człowieka. Obolała, hormony dawały mi znać na każdym kroku i w dodatku ten wiszący, galaretowaty brzuch. Tak czułam się po porodzie. Teściowa, moja matka i mój mąż- wszyscy mi mówili, że mam się cieszyć, że mam zdrowe dziecko i przestać się nad sobą użalać. Nie mogłam na siebie patrzeć, w nocy nie mogłam spać i w dodatku ten ból podczas najmniejszego wysiłku(...)Nie mogłam na nikogo liczyć. Nie mogłam słowem się odezwać... Do dzisiaj wszyscy mają mnie za wiecznie niezadowoloną głupią pindę, która nie jest gotowa na życie. "
Zamarłam i jest mi strasznie przykro do tej pory. Zapytałam nawet Alka, czy na pewno dobrze zrobiłam udostępniając ten wpis o moich rozstępach. Nie jest miło czytać takie rzeczy, wtedy czuję się bardzo bezradna. 
Widzicie, bo my myślimy, że wszyscy dookoła nas mają super życie, super mężów i świetne dzieciaki. Tymczasem nie każdy krzyczy głośno o swoich problemach, szuka pomocy i zrozumienia. To jest błąd moje drogie, bo jestem pewna, że ktoś chciałby nam pomóc. 
Nie można porównywać emocji, uczuć i pragnień do innych. Mówiłam już setki razy na tym blogu- każdy człowiek (w tym nasze dzieci!) jest jednostką. To, co nam wydaje się błahe, dla innych może być koszmarem. Dziecko, które boi się w nocy spać samo. Matka, która jest zmęczona. Ojciec, który nie chce już tyle pracować, bo chce spędzać czas z rodziną.  Każdy ma inne plany, marzenia i odczucia, tak więc:
Dla Ciebie to tylko choroba, dla mnie to tydzień czuwania.
Dla Ciebie to tylko praca, dla mnie to sposób na przeżycie.
Dla Ciebie to tylko słowa, dla mnie to nóż wycelowany w plecy.
Dla Ciebie to tylko filtr, dla mnie to miłość.
Dla Ciebie to tylko mały błąd, dla mnie to coś nie do wybaczenia.
Dla Ciebie to tylko drobne kłamstwo, dla mnie to duży zawód. 
Dla Ciebie to mała blizna, dla mnie to kalectwo na całe życie.
Dla Ciebie to tylko Święta, dla mnie to szczególny czas.
Dla Ciebie to tylko jedna z wielu, dla mnie to ta jedyna.
Dla Ciebie to nic, dla mnie to wszystko.
Dla Ciebie to zwykły przymiotnik, dla mnie to obraźliwe słowo.
Tobie wydaje się wszystko łatwe, dla mnie jest cholernie trudne.
Tobie jest łatwo, mi niekonieczne. 
Ty myślisz, że wiesz wszystko, ja wiem, że nie wszystko wiem. 
Dla Ciebie to tylko narodziny, dla mnie to cud.
Dla Ciebie to zła decyzja, dla mnie najlepsza.
Dla Ciebie to tylko dziecko, dla mnie cały mój Świat.

Pamiętajmy o tym, zwłaszcza w te Święta. Uważajmy na słowa, które mogą ranić, chociaż tego nie dostrzegamy. Bądźmy mili dla ludzi i szanujmy ich decyzje. Nie wtrącajmy się tam, gdzie nas nie potrzebują. Nie oceniajmy. Bądźmy, bo tyko to się liczy.
 

 Aleksandra. 

piątek, 23 marca 2018

My kobiety zawsze mamy jakieś ALE. Zwłaszcza po porodzie.

12:02:00

Jakiś rok temu, rozmawiałam ze znajomą o moich rozstępach. Wiecie, damskie pitu pitu i temat zszedł na ciąże. Gdy dowiedziała się, że moje ciało to w trzydziestu procentach rozstępy, zapytała, czy się nie wstydzę. Szczerze, wtedy nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Dzisiaj już znam odpowiedź na to pytanie

Wstydzić się, to bym mogła, gdybym coś ukradła.

Wstydziłam się, jak ostatnio pędziliśmy na SOR i w pośpiechu ubrałam legginsy "po domu", z wielką dziurą na pupie. Tak, to był dla mnie niezły obciach, zwłaszcza że zauważyliśmy ten fakt dopiero, jak wchodziliśmy do domu:) Nie będę natomiast wstydzić się tego, co zrobiła ze mną matka natura bez mojej zgody! Nie mam się czym chwalić, nie chcę się z tym obnosić- tak samo jak nie zamierzam chować głowy w piasek i siedzieć w cieniu. 

To jest takie dziwne dla mnie, że kobiety w dzisiejszych czasach chcą być idealne w każdym calu, pragną mieć nieskazitelne ciało, żeby podobać się facetom. Moja ciąża i macierzyństwo uświadomiło mi, że ważne jest to, jak ja sama czuję się ze sobą. Zresztą, wystarczy mi, że podobam się Alkowi, a nawet jakby życie potoczyło się inaczej, niż bym chciała- ktoś ma mnie pokochać taką, jaką jestem. Rozstępy czy inne defekty ciała nie czynią mnie gorszym człowiekiem. Są nieestetyczne, ale umówmy się- każdy ma w swoim wyglądzie coś nieidealnego. Chyba już  dawno mam za sobą etap,  którym chciałam wszystkim dogodzić i być w pełni akceptowana.

W ciąży przytyłam dwadzieścia kilo. Z mojej winy, bo jadłam całkiem sporo i nie przejmowałam się dodatkowymi kilogramami. Od samego początku ciąży bolał mnie krzyż i nogi. Już w dziesiątym tygodniu zaczęłam kuleć po większym wysiłku i ciągle bolały mnie plecy. Zawsze mówiłam sobie "tyle mojego" i zagryzałam mój ból owocami i warzywami, ale też niezdrowymi przekąskami. Co najśmieszniejsze, długo nie miałam typowego, ciążowego brzuszka. Z dnia na dzień mój brzuch nabrał wielkich rozmiarów i z nim pojawiły się wielkie rozstępy obejmujące moje piersi, brzuch, plecy i górną część ud. Uf, dużo tego :) Z małej, drobnej dziewczyny zrobiła się całkiem spora łania. Moje biodra musiały się rozszerzyć, a Anielka była coraz większa. Kiedy ktoś ma predyspozycje do cellulitu i rozstępów żadne kosmetyki nie pomogą. Niestety, chyba nie ma takiego cudownego środka. A może ja nie mam o nim pojęcia?

Czy chciałabym coś zmienić w swoim wyglądzie? Oczywiście, dużo rzeczy. Jak będę mieć kilka zer na koncie, zapewne usunę blizny. To, że je akceptuje, nie znaczy wcale, że mi się podobają. Nie traktuje ich jako powód do dumy, nie są też moją pamiątką. Nie śpieszy mi się jednak- zdążyłam się z nimi zaprzyjaźnić i przyzwyczaiłam się do nich.  Z chęcią powiększę sobie nieco usta.

Odkąd jestem matką, zdałam sobie sprawę z wielu ważnych rzeczy, a mój mózg całkowicie się przestawił. Przede wszystkim znam już swoje ciało i wiem, że kobiecość i piękno siedzi w głowie. Na nic nam idealna sylwetka i piękna twarz, kiedy i tak siebie nie kochamy. Na nic nam to wszystko, ponieważ dopóki człowiek nie zaakceptuje siebie, piękny nie będzie. Zadałam Wam wczoraj moje kochane dziewczyny pytanie na Facebook, czy w pełni akceptujecie swój wygląd po urodzeniu dziecka. Te samo pytanie zadałam również sobie. Szczerze? Akceptuje siebie, czuję się dobrze, chociaż wiem, że do ideału mi bardzo daleko, ale... No właśnie. My kobiety tak mamy, że w naszych głowach ZAWSZE BĘDZIE JAKIEŚ ALE. Zawsze znajdziemy powód do zasmucenia się. Wiecie, to jest tak, że kobiety rzadko kiedy potrafią same siebie docenić. No ale wracając do mojej odpowiedzi- Akceptuje siebie, ale nie jestem w pełni zadowolona. Mój brzuch nie jest idealny (ciągle walczę z tłuszczykiem), moje uda są troszkę za duże, a moja cera jest nie do zniesienia. 

Akceptacja jest bardzo ważna w tym wszystkim. Kiedy potrafimy zaakceptować siebie, jest nam łatwiej zmieniać nasz wygląd. Pytanie tylko, czy naprawdę warto? Jeśli robimy to dla zdrowia albo siebie- owszem, ale w momencie, w którym chcemy zrobić to dla kogoś innego, albo dla całego świata, chcemy, żeby wszyscy się za nami oglądali i mówili komplementy- nie warto. Ja już nie raz pisałam, żebyście nie siedzieli tyle na tych internetach i nie wierzyli we wszystko, co widzicie. Chciałabym, żeby wszystkie kobiety wyszły z Instagrama i Photoshopa i zaczęły pokazywać się takie, jakie są naprawdę- naturalne. Ja bym chciała, żeby Panowie nie wierzyli w nieskazitelne tyłki półnagich pań. Chciałabym, żeby popatrzyli na tyłki swoich kobiet i zrozumieli, że nie ma nic piękniejszego, od ciała SWOJEJ kobiety. Nie wstydźmy się tego, jak wyglądamy, nieważne czy mamy krzywy zgryz, płaski tyłek albo małe piersi. Każda z nas ma prawo cieszyć się sobą i pokazywać siebie. Najpierw pokochajmy siebie, a później zacznijmy się zmieniać. Wszystko kiedyś z nas wyparuje- kwas zejdzie z ust, po menopauzie przytyjemy dwadzieścia kilo i zmarszczki zakryją nam oczy.

Kobiety, każda z nas jest piękna, ale żadna nie jest idealna!
 
 
 

niedziela, 11 marca 2018

Wychowanie dzieci- kiedyś i dziś. Skąd wziął się syndrom matki męczennicy?

11:30:00


Przedstawiony materiał jest moim subiektywnym odczuciem. 

Wydaje mi się, że kiedyś było łatwiej wychować dzieci. Nie było bezsensownych poradników, wiedzy czerpanej z internetu i wielu stresujących wymagań związanych z wychowaniem. To, że było łatwiej, wcale chyba nie znaczy, że było lepiej? Nie wiem, ponieważ na to pytanie chyba powinna odpowiedzieć moja mama albo babcia. Wiecie, kiedyś się stało w kolejce za mlekiem, sklepy były puste i wielu rzeczy brakowało. Odwrotnie jest dzisiaj- dzisiaj jest wszystkiego w nadmiarze, mamy więcej możliwości ale też mniej czasu na życie. Wartości przez ostatnie lata strasznie się zmieniły. Mam na myśli np to, że kiedyś posiadanie pięciorga dzieci było normą, a dzisiaj rzadko kiedy ludzie pozwalają sobie na tak dużą rodzinę. Rzadko kiedy ktoś w ogóle chce wychować tylu potomków. No, ale kiedyś nikogo nie dziwiła sześcioosobowa rodzina mieszcząca się na pięćdziesięciu metrach kwadratowych, dzisiaj już ludzie mają problem z zaakceptowaniem takiego stanu rzeczy.


Chciałabym Wam dzisiaj przedstawić różnice w wychowaniu dzieci kiedyś i dzisiaj, w oparciu o moje wspomnienia i relacji mojej mamy. Post ten nie ma na celu oceny wzorców postępowań, jest to wyłącznie artykuł informacyjny. 

Bez telewizji, komputera, tabletów i PS4
Za to aktywnie spędzając czas na podwórku, wśród  znajomych. Od małego dzieci puszczane były na dwór, pod opieką starszego rodzeństwa albo kogoś dorosłego. Im starsze dziecko, tym mniej się pilnowało, aż w końcu nadzór ograniczało się do wołania przez okno co godzinę i sprawdzania obecności. Teraz powiecie, że kiedyś nie było tylu przestępców? Oczywiście, że byli. Ja, jako mała dziewczynka uwielbiałam, kiedy mama wysyłała mnie po kostkę Palmy albo cukier do osiedlowego sklepu. Teraz rzadko kiedy rodzice puszczają same dzieci gdziekolwiek. I wtedy miałam jakąś super moc, bo komunikowałam się z innymi za pomocą domofonu i pukania do drzwi, nie miałam telefonu, żeby zadzwonić i zapytać, czy ktoś akurat może wyjść. Teraz nie wyobrażam sobie pójścia do znajomych bez uprzedzenia. Anielka zapewne też będzie dzwonić po koleżankach, żeby umówić się na spacer.  No i komputer w domu (jeśli w ogóle był) to było wielkie, zgrzane i buczące pudło, które zajmowało całe biurko. Z racji tego, że mogło się mało z niego korzystać, każde pół godziny dziennie spędzone na graniu w piksele, cieszyło ogromnie. Ale nie tak bardzo, jak zabawa w klasy na podwórku. Teraz? Teraz dzieci mają telefony, tablety i PS4 i spędzają nawet kilka godzin, patrząc w te wszystkie grajki. 

Magiczna czapka i szlaliczek
Teraz już się od tego odchodzi na szczęście. Dziecko w czapce przy lekkim wietrze było normą. Zawsze troszkę za grubo ubrane. Zawsze lepiej przegrzać, niż miałoby zmarznąć. Tak uważało się kiedyś. W dodatku, kiedy się chorowało, to nie wychodziło się  z domu w ogóle i trzeba było odleżeć magiczne siedem dni i dać czas na wyzdrowienie pod ciepłym kocem. Dzisiaj wręcz przeciwnie- spacery są zalecane przy większości chorób i wiemy już wszyscy, że lepiej troszkę zmarznąć niż się zgrzać! Ale niestety, moja babcia, kiedy widzi, że Anielka wychodzi bez czapki- dostaje zawału serca i  krzyczy: UBIERZ CZAPKĘ! :) 

Prezenty komunijne 
Kiedyś Komunia kojarzyła się głównie z przeżyciem duchowym, teraz jest to ogromny stres dla rodziców, zaproszonych gości, ale również samych dzieci. Rodzice muszą dwa lata wcześniej zarezerwować miejsce w restauracji, albo zatrudnić kucharkę do domu, goście zastanawiają się ile pieniędzy włożyć do koperty- dwoją się i troją, żeby dogodzić małemu człowiekowi. Wstyd jest dać sto złotych, najlepiej- im droższy prezent, tym lepiej. W dodatku dzieciakom Komunia Święta kojarzy się głównie z prezentami. W szkole, między sobą chwalą się nowymi Komputerami, PS4 i Iphonami. Prawdziwy cel tego sakramentu odchodzi na dalszy plan. Kiedyś cieszył zegarek i rower, dzisiaj rodzice zbierają kasę na sprzęty, drogie wycieczki i stawiają gościom coraz większe wymagania.

Szkoła
Dzisiaj rodzice często zamiast pretensji do dzieci, mają je do nauczycieli. Pamiętasz mój ostatni post? Czy szkoła podcina skrzydła? W nim napisałam dokładnie, co nie podoba mi się w polskim szkolnictwie z perspektywy ucznia. Napisałam w nim o nauczycielach, którzy już dawno się wypalili i tak naprawdę nie powinni już uczyć, bo tylko szkodzą i podcinają skrzydła małym odkrywcom. Co nie zmienia faktu, że rodzice nie powinni przy dzieciach podważać autorytetów nauczycieli i ich nie szanować. Wiem doskonale, że w dzisiejszych czasach rodzice potrafią obarczyć winą tylko i wyłącznie szkołę, zamiast przyczyny problemu szukać u siebie. Kiedyś takie zagranie było nie do pomyślenia. Co nauczyciel powiedział- było Święte, nikt nie pytał dzieci, skąd ta jedynka tylko od razu kazało się ją poprawić i wziąć się do nauki. 

Syndrom matki męczennicy 
Gdzieś ostatnio przewinął mi się tekst o tym, że w dzisiejszych czasach każda matka się nad sobą użala. Wzięłam go troszkę do siebie, ponieważ ja lubię narzekać. Uważam, że kiedy mówię głośno, że coś mnie boli i jestem niezadowolona, to mi pomaga przyznać przed samą sobą, że nie jestem niezniszczalna. W dodatku mam wtedy chęć poprawienia swojej sytuacji. Wy mnie znacie już na tyle, że wiecie, że ja serio uwielbiam narzekać, a w życiu raczej jestem realistką. I fakt, często przyznaję, że macierzyństwo daje mi w kość i że są momenty, w których sobie nie radzę. Ponoć kiedyś tak nie było. Ale dlaczego nie było? Bo kiedyś głównym zadaniem matek było ogarnięcie chałupy na błysk, ugotowanie obiadu i postawienie go przed nosem mężczyzny. Dzieci zazwyczaj bawiły się same albo z rodzeństwem. Nie rzadko zostawiało się dzieci pod opieką sąsiadki. No i kiedyś były takie czasy, że dużo rodzin mieszkało pokoleniowo. Tzn. starsza babcia zajmowała się wnukami, podczas gdy ich matka zajmowała się domem. Moja mama nie popiera mojej decyzji odnośnie żłobka Anielki. Zawsze powtarza, że gdyby mogła cofnąć czas, zajęłaby się bardziej mną i moim rodzeństwem a inne obowiązki odstawiła na bok. Zazdrości mi, że mogę spędzać z Anielką całe dnie, ona nie mogła sobie na to pozwolić. I zawsze mi mówi, żebym nacieszyła się nią ile wlezie, bo szybko urośnie. Dzisiaj mamy setki poradników, które doskonale zaplanowały za nas spędzanie czasu. Dzisiaj czytając pseudo naukowy artykuł dowiemy się, że musimy poświęcać dziecku każdą możliwą chwilę, musimy ciągle je czegoś uczyć i wymyślać kreatywne zabawy, jeśli chcemy, żeby wyrosło na fajnego dzieciaka. Dzisiejszy Świat rzuca nam takie wyzwania, że jedyne co nam zostaje to usiąść, narzekać i w siebie wątpić. Wątpić setki razy, bo wszyscy- telewizja, pseudo książki i perfekcyjne mamuśki mydlą nam oczy. Bo dzisiaj jest tyle książek, z których możemy wynieść wiedzę, że bycie idealną matką to norma. Ta, jasne. Dzisiaj mamy miliony zbiorów kreatywnych zabaw, podczas gdy ja bawiłam się w bazę zbudowaną z koców i nie uważam wcale, że kreatywności mi brakuje. Za dużo internetu, wierzenia we wszystko co jest w nim zapisane- myślę, że stąd biorą się te wszystkie nasze żale. Bo...

Dzieci płaczące, mniej wymagające 
Pewnie nie raz słyszałaś od osoby starszej, że "moje dziecko tak nie płakało, uspokajało się same i w ogóle było bezproblemowe". Kiedyś to dzieciom dawało się gęstej kaszy do łóżka i nie przejmowało się, czy zaśnie czy będzie się bawić. Jak dziecko płakało, to mu się pozwalało wypłakać, kiedy było niegrzeczne to dostawało po dupie, ewentualnie napluło się do wanny albo przełożyło przez spódnice. Dzisiaj chcemy przytulać swoje dzieci, nie bijemy ich i wiemy, że gęsta i duża dawka kaszy może najzwyczajniej w Świecie małemu człowiekowi zaszkodzić i wcale nie pomaga w długim i spokojnym śnie. Dzisiaj jesteśmy wrażliwsi. Dzisiaj szanujemy swoje dzieci, zamiast bicia próbujemy tłumaczyć, a budowanie autorytetu polega na dialogu, a nie grożeniu pasem. 

Karmienie Piersią
Chociaż od zawsze wiadome było, że mleko matki jest najlepsze na Świecie, to bez problemu dawało się dziecku butle z mlekiem krowim, sproszkowanym mlekiem z kropelką na opakowaniu albo od razu kaszy. Niemowlę, które płakało trzeba było zapchać białym płynem, ponieważ płakało na pewno z głodu. Matkom karmiącym piersią, nie pozwalano karmić na żądanie. Odstęp pomiędzy jedzeniem nie mógł być krótszy niż trzy godziny. W dodatku trzeba było dziecko jak najszybciej odstawić albo dokarmiać czymś innym, bo po trzecim miesiącu z piersi leciała woda, nie mleko. Wtedy nikt nie toczył wojny między mlekiem sztucznym a mlekiem matki. Mamy miały gdzieś to, czym karmi koleżanka i ile ma w piersiach jedzenia.  Nikt nikomu do cycków nie zaglądał i wszystkim dobrze się żyło w przekonaniu, że każdy robi dobrze. 

Brudne dzieci to szczęśliwe dzieci
Nigdy nie zapomnę, jak bardzo brudna potrafiłam wrócić z podwórka. Zazwyczaj miałam wydzielone ubrania- na podwórko i na wyjście np. do lekarza. Nikt nie przejmował się, że idę na dwór z dziurawimy spodniami i nikt mnie za to nie potępiał. Dzisiaj czasami rodzice zapominają, że dziecko  nie pracuje w szołbiznesie a zwykłe legginsy są wygodniejsze od obcisłych rurek. Buty miały być wygodnie, a nie z odpowiednim znaczkiem z boku. Nikt nie zwracał uwagi na metki i zakończenia złotymi nićmi. Każde dziecko było zazwyczaj równe i tak samo brudne, jak wszyscy inni.  

Małe grzeszki
Najodważniejszy w grupie był ten, co nie bał się dzwonić do domofonów sąsiadów i robić sobie z nich żartów. Wszyscy uciekali, gdzie pieprz rośnie, gdy jakiś sąsiad wychylił się do okna, żeby zobaczyć kto mu pupę zawraca. I ten stres, czy nie powie rodzicom. Dzisiaj najodważniejszy to ten, który już spróbował papierosa i nie boi się głośno przeklinać przy przechodniach. 

Niezdrowe jedzenie 
Nie pamiętam, żeby mnie ktoś kiedyś opierdzielił za to, że zjadłam trzy paczki chipsów i wypiłam niezdrową oranżadę. No, chyba że nie mogłam przez to zmieścić mięsa z obiadu. Moja babcia rozpieszczała mnie, kupując najpyszniejsze bułki słodkie, a mama zawsze dała jakiegoś gorsza na gumy kulki. Codziennie kupowaliśmy z koleżankami kilka małych paczek chipsów (za pięćdziesiąt groszy!) i zajadałyśmy się, aż pieniążki się nie skończyły. Rodzice o tym wiedzieli i jakoś nie robili nam o to wyrzutów. Mało tego, jedliśmy je brudnymi rękami a po ich jedzeniu wcale nie myliśmy rąk, tylko wycieraliśmy w spodnie i wracaliśmy do zabawy. Dzisiaj rodzice bardzo pilnują, żeby dzieci nie jadły niezdrowych posiłków. Słodycze tylko w wyznaczonej porze- o ile w ogóle. Gotowanie na parze, ograniczenie węglowodanów i glutenu są na porządku dziennym.


No to teraz kilka słów ode mnie. Przede wszystkim, bardzo się cieszę, że mogłam sobie powspominać troszkę tamte czasy. Uważam, że serio były super. Naprawdę miło wspominam ciągłe siedzenie na dworze i moich podwórkowych znajomych. Pamiętam dobrze zapach zupy z liści i ból nóg po graniu w podchody. Chciałabym, żeby Anielka również wychodziła tyle na powietrze i miała dużo koleżanek i kolegów. Obawiam się tylko, że nie będzie już z kim miała się bawić. Słuchajcie, dzisiaj jest piękna pogoda. W blokach dookoła mieszkają dzieci- nikogo nie ma na podwórku. Nikt nawet na spacer nie idzie... Cisza, kurde. Moje osiedle już dawno umarło, chociaż dzieci przybywa. 
Wszystko ma swoje plusy i minusy. Nie ma co gadać, że kiedyś było lepiej. Ale pewne wartości z tamtych lat, dalej przekazuje mojemu urwisowi i będę to robić całe jej dzieciństwo. Chociaż staram się, by jadła zdrowo- nie będę jej zabraniać jeść słodyczy. Chociaż chcę, by wyglądała dobrze, nie robię z niej ozdoby, tylko ubieram jak dziecko. Jak dziecko, które w każdej chwili może się pobrudzić, a ja to będę miała gdzieś. Chcę, żeby słuchała mnie, a nie telewizji. Chcę zbudować autorytet na rozmowach i czynach a nie na biciu. No i chcę, naprawdę chcę, żeby miała się z kim bawić, a nie tylko mieć z kim grać w gry komputerowe i siedzieć w telefonach. 

Piątka, pappa! Aleksandra